sobota, 20 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ V: W kuchni i spiżarni







-  Rany Boskie! Nie wierzę? Czy to ogórki? A to małe? Nie! Buraczki? Ja myślałam, że wiśnie! - takie okrzyki gości często towarzyszyły przystawkom wnoszonym na biesiadny stół Andrzejewskich.
   Martyna lubiła te robotę. Godzinami siedziała w kuchni, obrabiając różnorodne produkty przed ich zakonserwowaniem. Kawałek ogródka oraz ogólna dostępność do darów natury wyzwoliła w niej instynkt chomika. Odczuwała prawie fizyczną rozkosz, ustawiając w piwnicy kolejne słoje, słoiki, i słoiczki z barwną smakowitą zawartością.
       Tu, w Markowie, była to zresztą czynność powszednia. Po żniwach nastawał czas robienia przetworów na zimę. Każda szanująca się gospodyni czuła się w obowiązku pochwalić przed innymi obfitością swojej spiżarni. Początkowo Martyna przeżyła wstrząs, oglądając cudze piwnice zapełnione pod sufit słoikami kompotów truskawkowych, jako że był to najbardziej popularny owoc na Kaszubach. Niebotyczna ilość 300 – 500 sztuk litrowych słoików na rodzinę nie mieściła się w głowie – kto to wtrząchnie, toż przeciętny rok ma 365 dni? W podobnych ilościach produkowano ogórki konserwowe i kiszone, kapustę, przeciery z jabłek oraz nieśmiertelny „zylc”, czyli galaretę z mielonych nóżek wieprzowych.
     Nie mogąc rywalizować w ilości przetworów, Martyna postawiła na ich różnorodność i wkrótce zasłynęła w okolicy z oryginalnych, fikuśnych i bardzo pracochłonnych dziwadełek. Te marynowane papryczki, wieloskładnikowe mieszanki warzywne, kureczki wielkości paznokcia, różyczki kalafiora, dwucentymetrowe korniszonki, solone rydze, kandyzowane gruszki, truskawki, wiśnie i rajskie jabłuszka, borówki i żurawina, drylowany agrest, wonne konfitury z poziomek, marmolada z płatków lub owoców dzikiej róży,  soki i syropy wszelakie - milcz serce!  Wyraźna przewaga przetworów wysokosłodzonych wynikała z ducha czasu, który płynął sobie pod radosnym hasłem: REGLAMENTACJA ŻYWNOŚCI. 

Kartka dla ciężarnych i niemowląt

Tu dopiero się objawiła socjalistyczna sprawiedliwość:  Każdemu po równo, chyba że jest w ciąży, pracuje na przodku w kopalni lub ma tyle kasy, żeby kupować w sklepach komercyjnych. W każdym razie comiesięczne przydziały kartkowego cukru wyzwalały potrzebę jego zużywania na bieżąco. Różnych rzeczy brakowało, ale cukrem można było ścieżki posypywać. Kto dziś co miesiąc ciągnie do domu 6-8 kg tego towaru (1,5-2 kg na twarz)? A wtedy panowało ogólne przekonanie, że trzeba wykupić, bo "się zmarnuje", gdyż talony żywnościowe miały określoną ważność. Mimo zniesienia kartek na cukier w 1985 r., Martyna jeszcze przez dwa lata korzystała z zapasów przechowywanych w kanapie.
      Na wsi rozbudził się w niej instynkt kobiety pierwotnej, zajmującej się głównie zbieractwem. Nakazywał jej nie wychodzić z domu bez jakiegoś pojemnika, bo przecież mogła napotkać po drodze zapomniane  przez Boga i ludzi jagody, grzyby czy inne dary natury. Będąc z wizytą u rodziny na drugim końcu województwa, zamiast cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem, zbierała pełne wiadra owoców dzikiej róży, które następnie należało wypestkować, pozbawić jadowitych włosków i obrać ze skóry, co trwało czasem prawie do świtu. Przerabiała na konserwy wszystko, co tylko nadawało się do spożycia. Pół biedy, jeśli chodziło o warzywa, ale i świeże owoce: brzoskwinie, truskawki, wiśnie czy gruszki, jako takie przestały stanowić cenny pokarm, zamieniając się w półprodukt do potencjalnych ciast, galaretek oraz innych smakołyków, których konsumpcja przewidziana została dopiero na zimę. Z tej obłąkanej karuzeli zsadził ją Michał, który pewnego dnia wielkim głosem zażądał okazałej, pachnącej smakowicie brzoskwini.
-  To na kompot - próbowała oponować niewolnica własnej spiżarni. - Zimą będziemy jeść witaminki. Mamusia zrobi pyszne ciasto z galaretką albo sałatkę owocową.
-  Ale ja teraz jestem głodny, a zimą może nie będę - zripostował trzylatek z podziwu godną rozwagą i dodał z pogróżką w głosie:  - Daj mi witaminki, bo ci nie urosnę!
     W Markowie Martyna z wielkim upodobaniem zaczęła gromadzić rozmaite przepisy kulinarne i czym prędzej starała się wprowadzać je w życie. Szło jej całkiem nieźle, zważywszy na to, że jeszcze niedawno gotowanie nie było jej najmocniejszą stroną, można by nawet  jej dotychczasowe umiejętności w tym zakresie określić mianem pięty achillesowej. Jedną z ulubionych anegdotek Maćka, dotyczącą początków ich wspólnego życia, była opowieść, jak to Martyna kiedyś osobiście ugotowała dziecku kaszkę mannę, co zwykle należało do obowiązków ojca. Faktycznie, Maciek doszedł w tym zakresie do perfekcji  i kaszka w jego wykonaniu była bez zarzutu. Któregoś dnia  jednak  młoda matka ośmieliła się poddać w wątpliwość kwestię trudności tego przedsięwzięcia i na dumne: - Tak? To spróbuj sama, jak jesteś taka mądra. -  udała się do kuchni, gdzie w krótkim czasie wyprodukowała miskę gęstej szarawej mamałygi. Paweł, zwykle niewybredny,  za żadne skarby nie chciał spożyć tej strawy, wypluwając ją stanowczo natychmiast po spróbowaniu. Nerwową atmosferę podsycał Maciek, przyglądając się z boku i od czasu do czasu komentując:   
-   Nie zje, przecież gołym okiem widać, że kaszka jest za gęsta.
     Za którymś razem Martynie puściły nerwy i metalowa miseczka z zawartością poszybowała w stronę niefortunnego krytyka. Ten zręcznie się uchylił, a naczynie huknęło o drzwi i odpadło  puste, pozostawiając mocno przyklejoną do olejnej białej powierzchni, idealnie uformowaną „babeczkę” z odciśniętym na wierzchu wypukłym kwiatkiem, który stanowił wklęsła ozdobę dna. Maciek niewzruszony przyjrzał się płaskorzeźbie i oznajmił ze źle ukrywaną satysfakcją:
-  Przecież mówiłem, że za gęsta.
      Innym anegdotycznym dokonaniem Martyny była jajecznica, do której dodała serek topiony w dużej ilości. Taki przepis wpadł jej kiedyś w ucho, tylko nie sprawdziła, o jaki rodzaj sera chodzi.  Maciek dla świętego spokoju zjadł trzy łyżeczki potrawy, ale czwarta mu się cofnęła. Oburzona Martyna, pomstując na niewdzięcznika,  poszła wyrzucić potrawę do kosza. Po drodze z ciekawości spróbowała czy to rzeczywiście takie niedobre. Okazało się, że ma bardziej wyrafinowany smak od męża -  jej cofnęło się od razu! 
       Sztuka przyrządzania mięsa też kiedyś wydawała się młodej żonie niezbyt trudna, postanowiła zatem zrobić kolację na ciepło, nawet gości zaprosiła na tę okoliczność.  W pobliskim sklepie nabyła  wskazane przez siebie mięso z kością, raczej nawet kości z mięsem, ale za to całkiem przyzwoicie obrośnięte i w dodatku za przystępną cenę. Z braku odpowiedniego sprzętu kuchennego tępym nożem oddzieliła kawałki chabaniny wzdłuż włókien, bo tak było łatwiej, następnie dla fasonu puknęła w nie parę razy butelką po mleku, posoliła, popieprzyła i rzuciła na patelnię z rozgrzanym tłuszczem. Mięsko szybciutko się zrumieniło,  nawet nie było za bardzo przypalone, rozszedł się upojny zapach, a goście niecierpliwie sięgnęli po należne im porcje. I to by było na tyle, jeśli chodzi o resztę wieczoru, która niemal w całości poświęcona została żmudnemu przeżuwaniu łykowatych kawałków. Żałosne próby konwersacji z pełną buzią spełzły na niczym, a wypluć potrawy nie wypadało. Po godzinie goście jak jeden mąż wybiegli za drzwi, prawdopodobnie w celu wydłubania z zębów twardych włókien. W tym miejscu warto dodać, że była to wołowina rosołowa trzeciego gatunku.

      W wiejskich realiach talent kulinarny Martyny uległ nagłemu objawieniu, choć miała zaliczyć jeszcze wiele wpadek. Ukryte umiejętności musiała wyssać z mlekiem matki, bowiem w jej domu zawsze gotowano dużo i smacznie. Sąsiedztwo Renaty, która regularnie co sobotę przyrządzała rozmaite słodkości dla swoich absztyfikantów, z pewnością miało niebagatelny wpływ na postawę dotąd ociężałej gastronomicznie kobiety. No bo jak tu nie wypiekać, kiedy osobiste dzieci chciwie wciągają noskami  smakowite zapachy dochodzące z korytarza i patrzą znacząco na matkę? Niestety, za sprawą sąsiadki zakosztowały już smaku domowego ciasta i byle kupnym wafelkiem nie dało się ich  opędzić.
    Na pierwszy rzut poszedł piernik, bo Martyna chytrze pomyślała, że go nie lubi, więc nie będzie konsumować, ergo: nie przytyje. Cała rodzina zajęła wszystkie wolne kąty w kuchni i w nabożnym skupieniu obserwowała poczynania gospodyni, przełykając ślinkę na samo wyobrażenie efektu.  Ta wykonała wszystko co do joty zgodnie z otrzymanym przepisem, dała dzieciom wylizać miski, wałki i inne sprzęty unurzane w słodkiej, wonnej masie, wreszcie  wstawiła ciasto do piecyka. Upiekło się doskonale, zwłaszcza z wierzchu. Środek był lekko wilgotny, choć na zakalec nie wyglądał, natomiast spód, o dziwo, składał się głównie z płynnego miodu, który niewiadomym sposobem starannie wyodrębnił się z całości. Zniecierpliwionym konsumentom zresztą  to kompletnie nie przeszkadzało. Zeżarli  wypiek, nie czekając nawet, aż ostygnie, a wyraz ekstazy na ich obliczach był wystarczającą zapłatą za trudy i niepowodzenia.
      Druga próba dotyczyła biszkoptu. Przepis był  łatwy, w dodatku zawierał adnotację, że to ciasto musi się udać każdemu. Taak... No, może nie wtedy, kiedy usiłuje się  zmodyfikować sprawdzoną recepturę. Mąka to mąka: nieważne czy tortowa, czy krupczatka, nieprawdaż? W efekcie zamiast złocistego walca wysokiego przynajmniej  na osiem centymetrów, Martyna wyjęła z prodiża mocno ubity, twardy jak deska krążek, żywo przypominający dysk lekkoatletyczny. Ciężar widać też miał zbliżony, bo kiedy ofiarowała ostudzonego gniota owczarkowi sąsiadki, głowa ze smakołykiem opadła mu aż do ziemi, a  zdumione zwierzę wypuściło zdobycz i nieufnie zaczęło na nią warczeć.
      Następne wypieki były już o niebo lepsze, a wkrótce osiągnęła nawet mistrzostwo wsi w kategorii „sernik wiedeński” oraz „szarlotka”. Jej torty były również pyszne, chociaż można by się było przyczepić do zdobienia, ale przecież nie każdy cukiernik-amator musi być od razu geniuszem plastycznym. 
      Wiele wspaniałych potraw udało jej się psim swędem,  kiedy to z braku jakiegoś składnika dodała ten, który akurat był pod ręką. Tak powstał chociażby bigos wzbogacony powidłami śliwkowymi czy śledzie w oleju z dodatkiem rodzynek i migdałów, posypane grubo zmielonym pieprzem. W końcu najznakomitsze potrawy świata stworzono głównie przez przypadek.  
       Panowie Andrzejewscy nie byli jednak szczególnie wymagający i wcale nie oczekiwali wykwintnych frykasów. Wszyscy zdecydowanie preferowali zupę truskawkową z makaronem i każda jej ilość ulegała natychmiastowej dezintegracji, bez szans na  doczekanie drugiego dnia.  Rodzinny rekord to zeżarcie w ciągu jednego popołudnia siedmiu litrów owego przysmaku, nagotowanego "na zaś" z powodu uczestnictwa gospodyni w kursie prawa jazdy. Warto wspomnieć, że w biciu tego rekordu uczestniczyli jedynie juniorzy: dwunastoletni podówczas Paweł i czteroletni Michał, których zastała po powrocie do domu leżących bezsilnie na tapczanie z brzuchami sterczącymi powyżej nosów.
      Makaron do zupy to osobna kwestia. Niezdrowe ambicje obudziła Przyjaciółka, która potrafiła w ciągu kilkunastu minut wyprodukować wielką stertę żółciutkich nitek, mając do dyspozycji  jedynie podstawowe składniki oraz nóż, nawet niekoniecznie bardzo ostry. W odróżnieniu od Martyny nigdy nie była ona zwolenniczką zbędnych gadżetów kuchennych. Gdyby nagle cywilizacja upadła i wszystkie ludzkie osiągnięcia materialne rozsypały się w proch, prawdopodobnie i tak potrafiłaby zrobić na poczekaniu klasyczne kotlety mielone, posługując się choćby dwoma kamieniami. Maciek zasmakował w domowym makaronie Przyjaciółki tak bardzo, że przy byle okazji wspominał go z błyskiem w oku, powtarzając uparcie, że każda dobra żona powinna taki robić. Martyna nie miała innego wyjścia, jak sprostać jego potrzebom. W tym celu zakupiła maszynkę produkcji włoskiej, a jakże! służącą do wyrobu makaronu a nawet pierogów. Miała ona niewielki otwór wlotowy i mnóstwo nakładek u wylotu. No, z takim nowoczesnym sprzętem można rozpocząć nawet produkcję hurtową. Okazało się, że niekoniecznie. Albo ciasto było nie takie, albo maszynka felerna, dość że po całonocnej mordędze nad ranem udało się wyprodukować jedenaście tworów od biedy przypominających pierogi lepione nogami, a także kupkę posklejanych pasków różnej długości i grubości, budzącą natychmiastowe skojarzenie, że ocalała ona po bombardowaniu fabryki makaronu. Maszynka jeszcze przed południem wyładowała na śmietniku,  ale niewyspana Martyna kontynuowała ambitne przedsięwzięcie,  tyle że ręcznie. Mimo że zastosowała przepis Przyjaciółki, jej makaron był wyglądał zupełnie inaczej, a po ugotowaniu udatnie naśladował frytki największego kalibru, tyle, że był od nich znacznie twardszy. Rodzina bohatersko przeżuła posiłek, popijając go rosołem z papierka. Wprawdzie Maciek twierdził dalej, że „kupny nie umywa się do domowego”, jednak już nigdy nie zażądał  powtórki z rozrywki. Martyna uznała ten fakt za  milczącą rezygnację z jej usług, więc z czystym sumieniem przerzuciła się na czterojajeczne gniazdka, nitki, muszelki i wstążki kupowane w wiejskim sklepiku. Było z nimi znacznie mniej roboty i zawsze się udawały.  

       Któregoś dnia do jej kuchennego królestwa wdarł się przemocą Maciek, przywożąc z Gdańska sporych rozmiarów szklany gąsior oraz jakieś tajemnicze zawiniątka i dziesięć kilogramów czarnej porzeczki. 
- Będziemy robić domowe wino - oznajmił z dumą. - Piłem u kolegi, naprawdę niezłe. Dostałem przepis, mam drożdże i porzeczki. Cukier jest?
- Co się głupio pytasz, kanapa się przecież nie domyka.
- Świetnie! No to w czym mogę umyć porzeczki?
- Najlepiej w wannie - zażartowała Martyna, ale Maciek potraktował jej słowa ze śmiertelną powagą i wprowadził je w czyn, zanim wpadła na bardziej oryginalny pomysł.
       Pełna zdumienia nad nagłą nadaktywnością małżonka powyciągała potrzebne przybory kuchenne, w tym sokowirówkę, w której, jak mniemała, sprawnie dokonają przetworzenia owoców.
- Zwariowałaś?!? - zdenerwował się Maciek. - Owoce trzeba utrzeć w makutrze drewnianą gałką, tak robi mój kolega.
- Pewnie nie ma sokowirówki. Zobacz, połączymy łupiny z sokiem i będzie taki sam efekt, tylko o wiele szybciej. Technika na usługach gospodarstwa domowego. A może lepiej będzie zrobić wino z samego soku?
- Ma być dokładnie według przepisu - obruszył się czołowy winiarz Polski Północnej. - Dawaj gałkę i nie wtrącaj się, jak nie masz pojęcia o temacie.
       Dyskusja z Maćkiem nie miała większego sensu. Martyna mogła tylko żywić nadzieję, że nie ona będzie siłą napędową wyżej wymienionej drewnianej gałki. Na szczęście mąż postanowił nie dopuścić profanki do rytuału produkcyjnego, więc spokojnie udała się na spoczynek, podczas gdy on do świtu wytwarzał ręcznie owocowa pulpę, wciskał ją łyżeczką do gąsiora, zalewał wodą, dodawał jakieś tajemnicze składniki... Rano w kuchni pyszniła się monstrualna butla wypełniona buraczkową cieczą i zatkana grubym korkiem ze szklaną rurką. Wspólnymi siłami umieścili ją w najciemniejszym kącie, aby czas zrobił swoje. Martynę zaniepokoiła wprawdzie gruba warstwa zmiażdżonych owoców unosząca się na powierzchni płynu, ale Maciek oświadczył pogardliwie, że właśnie tak ma być. Mylił się bardzo. Warstwa była tak zbita i szczelna, że zakłóciła proces fermentacji. Zamiast oczekiwanego kordiału powstało ponad dwadzieścia litrów octu winnego, nawiasem mówiąc, niezłej jakości. Zużyli go częściowo przez pięć lat, głównie do barszczu i bigosu. Autor nigdy nie przyznał się do błędu w sztuce, winę zwalając na złą jakość porzeczek i drożdży.

       Podobno kuchnia jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie. Martyna osobiście miała się o tym przekonać któregoś zimowego przedpołudnia, w pierwszym dniu ferii, które zamierzała spędzić ciekawie, aktywnie oraz z pożytkiem dla rodziny.
     Zaczęła od planów kulinarnych.  Ponieważ jej trzech panów uwielbiało kisiel, postanowiła sprawić im niespodziankę w postaci wielkiej michy owej ambrozji, aby raz najedli się do syta. Nasłuchując głosów potomstwa, które zajmowało się lepieniem bałwana pod oknem domu, przystąpiła do rutynowych czynności opisanych krok po kroku na opakowaniach, albowiem kisiel z torebki potrafi zrobić każdy, kto choć trochę sylabizuje.
     Wbrew pozorom ugotowanie siedmiu litrów kleistej masy nie jest takie proste, ale mimo pewnych trudności natury technicznej ten etap pokonała bez większych problemów. Gorzej było z realizacją punktu: „Wlać do salaterek lub szklanej misy i pozostawić do ostygnięcia”. Salaterek w odpowiedniej ilości nie miała chyba nawet pobliska gospoda, a szklane naczynie o potrzebnej pojemności musiałoby zapewne przypominać akwarium. Martyna przypomniała sobie jednak, że jest szczęśliwą posiadaczką dwu sporych szklanych misek, wyciąganych raz w roku z czeluści szafy w celu wsypania do nich orzechów, pomarańczy i innych świątecznych delicji. Nawet nie trzeba ich było specjalnie odkurzać, jako że używane były stosunkowo niedawno.
      Misa została ustawiona na blacie i jednym przechyleniem gara napełniona połową  jego zawartości. Widok uroczy: różowa parująca chmurka w cienkim szkle. Martyna aż się uśmiechnęła, wyobrażając sobie miny chłopców. Niby zwykły kisiel, a ile radości... Nagle usłyszała cichutki dźwięk, takie podejrzane „pink!”, dochodzące jakby z tylnej części misy.  Ujęła ją więc obu rękami i zaczęła delikatnie obracać, żeby się przekonać, ki diabeł? Nagle misa pękła na pół, a cała gorąca zawartość znalazła się na dłoniach kucharki. Jedyna  rozsądna myśl, jaka zrodziła się w jej głowie, to żeby natychmiast pozbyć się parzącego świństwa. Zrobiła błyskawiczny obrót w stronę zlewu, ale kisiel był szybszy i zdążył już utworzyć na podłodze śliską plamę. Martyna trafiła w nią obunóż, strzeliła w powietrzu kopytami, wycinając klasycznego hołubca, następnie wykonała efektowne salto i padła plackiem w sam środek na szczęście lekko już przestudzonego gluta. Przejmujący ból w plecach pochodził z dwóch źródeł: gwałtownego uderzenia o twarde dechy i oparzenia gorącą mazią. W dodatku powstanie z upadku nie było sprawą łatwą, gdyż każda próba zmiany pozycji kończyła się kolejnym poślizgiem. Łzom cierpienia i absolutnej bezradności towarzyszył nerwowy chichot rozbawienia całą sytuacją.  „No, żeby mnie tak kto zobaczył, miałby o czym opowiadać do końca żywota. Chaplin na skórce od banana to ponura farsa w porównaniu z moimi akrobacjami.” 
      Po wielu nieudanych próbach udało jej się w końcu przyjąć pozycję kolanowo-łokciową i doczołgać do zlewu. Tam, krzywiąc się z bólu oskrobała dłonie z gorącego klajstru i zanurzyła je w zimnej wodzie. Późniejsze całonocne ściskanie kul śniegowych zaowocowało brakiem bąbli i ferie w efekcie okazały się udane. Jednak uraz pozostał i każde ciche „pink” wydane przez jakiekolwiek szklane naczynie do dziś stanowi dla Martyny pretekst do panicznej ucieczki gdzie oczy poniosą.

        Trzeba przyznać, że dziewczyna zawsze miała fart kulinarny, który nie opuścił jej nawet w okresie  finansowego dołka. Gdy jej małżeństwo z Maćkiem przechodziło poważny kryzys,  ten przestał się interesować ekonomicznym aspektem ich związku, troskę o utrzymanie domu i dwojga dzieci pozostawiając zaradnej małżonce. Ciężko było to zrobić z nauczycielskich poborów, ale  przynajmniej o ziemniaki i mleko nie musiała się martwić, bo te otrzymywała w zamian za użyczenie jednemu z gospodarzy poletka przysługującego wiejskim krzewicielom oświaty. Gdy kiedyś, na początku października, znalazła na północnym stoku leśnego pagórka zdatne jeszcze do jedzenia czarne jagody, jej radość nie miała wprost granic.  Innego dnia poszła do ogrodu po rabarbar, z myślą ugotowania kompotu, bo na inne zbytki nie było składników. Gdyby tak miała jajka, jak nie miała mąki i margaryny, upiekłaby dzieciom placek... Tymczasem wśród grubych łodyg bieliło się osiem świeżych jajek, albowiem zabłąkana kura-indywidualistka uwiła tam sobie gniazdo. Jednak zwykle sceptyczna Martyna uznała to za opatrzność bożą. Od jednej sąsiadki pożyczyła mąkę, od drugiej tłuszcz, a ciasto smakowało wszystkim wyjątkowo, bo też i było wyjątkowe. Michał długo myślał, że kura zostawiła im te jajka w prezencie i nabrał szacunku dla tych pożytecznych skądinąd ptaków. (c.d.n.)

piątek, 19 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ IV: Sąsiedzkie kawkowanie




-   Jak będziesz schodziła na dół, weź ten mały stoliczek, ja biorę leżaki – Renata wsadziła głowę do kuchni, gdzie już rozchodził się zapach świeżo parzonej kawy. -  Chodź, Misiu, pójdziesz z ciocią na spacerek.
       Popołudniowe leniwe kawkowanie pod lipą stało się codziennym sąsiedzkim rytuałem. Około piętnastej okolica szkoły pustoszała i zielone tereny po domem można było traktować jak własne podwórko.  Kiedy tylko pogoda sprzyjała, a zajęcia domowe nie domagały się natychmiastowej realizacji, wychodziły na dwór, gdzie mogły godzinami kontemplować przyrodę i plotkować na różne tematy. W marcu siadywały owinięte w koce przy turystycznym stoliku i kłapiąc zębami, wypatrywały pierwszych oznak nadchodzącej wiosny. W czerwcu wylegiwały się na kocu przykrywającym gęstą, błyszczącą trawę, wystawiając do słońca coraz to inne części ciała, jako że całości wyeksponować nie wypadało, bo to mogło nie tylko urazić surową włościańską moralność, ale i stać się przedmiotem niezdrowej ciekawości jakichś zbłąkanych uczniów. Nierzadko towarzyszyło im stadko gęsi dyrektora Jurka, wesoła rozgęgana gromadka poruszająca się samopas po całym obejściu i obficie znacząca ślady swoich wędrówek.
       Renata była atrakcyjną rozwódką około trzydziestki, o blond włosach, doskonałej figurze i wdzięku zranionej łani.  Jej kobiecość prezentowała typ „bezradnej dziewczynki”, a jedno niewinne spojrzenie spod rzęs przyciągało stada samców, którzy za bezdurno skrobali ściany, zawieszali żyrandole, naprawiali urwane drzwiczki od szafki czy przepalone korki, wynagradzani za swoje trudy jedynie uroczym uśmiechem i kawałkiem domowego ciasta.
       Plastyczka z zawodu i powołania, całe swoje życie usiłowała podporządkować pięknu i harmonii. Efekty jej starań były czasami niesłychanie komiczne dla obserwatorów, ale bezpośredni  uczestnicy wydarzeń nie zawsze mieli się z czego śmiać. Którejś zimowej soboty Martyna weszła do mieszkania sąsiadki i oczom jej ukazał się widok jak z żurnala. Renata i jej ośmioletnia córeczka,  mini replika matki, w jednakowych falbaniastych wykrochmalonych fartuszkach z aplikacją jabłuszka na  kieszeni, wyposażone w drewniane wałki rozmiarów dopasowanych do wzrostu użytkowniczek, zajmowały się produkcją pierniczków. Głównym wykonawcą była oczywiście Renata, a Magdusia stanowić miała bardzo ważny element kompozycyjny całości, absolutnie niezbędny dla założonych efektów wizualnych.
        Martynie aż dech zaparło – widok był zaiste niecodzienny.  Poszła do siebie w zaciszu własnego mieszkania pozazdrościć sąsiadce zmysłu estetyki i inwencji twórczej. Z rozpędu przetarła nawet do połysku blat stołu, nie  zdążyła wszakże  zrobić tego samego z czajnikiem, bo nagle usłyszała  rozdzierające wrzaski a potem tupot nóg na korytarzu. Madzia rwała przed siebie z rozwianym włosem, a za nią pędziła żurnalowa matka, dzierżąc w dłoni groźnie wzniesiony do góry wałek. Dopiero dwa okrążenia wokół budynku za znacznie sprawniejszą fizycznie córką ostudziły wściekłość Renaty. Jak się później tłumaczyła, szlag nagły ją trafił, bo „wyobraź sobie, niewdzięczny bachor po pięciu minutach się znudził”  i przez to kompletnie rozwalił jej sielankową wizję.
        Renata, samotnie borykając się z wychowywaniem córki, czyniła jednocześnie dość desperackie próby znalezienia partnera życiowego. Niestety, wśród wielu panów ubiegających się o jej względy, nie znalazł się taki, który byłby jednocześnie i odpowiednio majętny, i  chętny do ożenku.  Martyna często uczestniczyła w ocenie kolejnych kandydatów, ale szybko się zorientowała, że jej obecność była potrzebna tylko po to, żeby Renata nie musiała rozmawiać sama ze sobą. Różniły się skrajnie zarówno w interpretacji męskich zachowań, jak i w swoich oczekiwaniach względem płci przeciwnej.
- Fajny ten twój Tadeusz  -  mówiła na przykład Martyna, nawet nie próbując ukryć zazdrości – taki opiekuńczy, ciepły, czuły.   Magda wyraźnie go lubi.
- No tak – przyznawała początkowo Renata nabierając tchu do dłuższego monologu – to dobry człowiek, ożeniłby się ze mną choćby jutro. Właśnie, ciekawe, czemu mu się tak spieszy? Może chce się zaczepić i będzie na nas żerował? Chyba za wiele nie zarabia. Co on może mieć na tej państwowej posadce? Przyniesie marne grosze, połowę z tego przeje i przepije, a drugą przepali i wyda na mydło i golidło. To ja jeszcze dopłacę do tego interesu!  A w dodatku może się okazać, że nałogowo pije, albo na przykład damski bokser. Oni to potrafią tak ukryć, że na początku nawet podejrzeń nie masz. A jak będzie mi zabierał samochód?
-  Przecież mówiłaś, że nie ma prawa jazdy.
-  Ale jak zrobi?  Na pewno nie da mi jeździć, faceci już tacy są. Słuchaj, a może to na przykład pedofil? Tak chętnie bawi się z Magdą, jak nikt dotychczas, czy to, twoim zdaniem, nie jest co najmniej dziwne?
- „Dziwne jest to, że ty się z nią nie bawisz” – przeleciało Martynie przez myśl, ale na głos powiedziała: – Sęk w  tym, że go po prostu nie kochasz. Jak się zakochasz, to przestaniesz myśleć o takich sprawach.
- Oooo, tylko tego mi brakowało, żebym zgłupiała dla jakiegoś typka jak ty dla tego swojego. Wyjdę za mąż wyłącznie z rozsądku.
        Ponieważ nieprzeciętna uroda Renaty nie pozwalała panom przejść obojętnie, za miesiąc pojawiał się nowy absztyfikant znowu oglądany bacznie pod kątem oczekiwanych walorów.  Nie znalazł się jednak żaden, który miałby ich wystarczająco wiele. Wkrótce Renata wyprowadziła się do stolicy i słuch po niej zaginął. Ciekawe, czy znalazła tam partnera, który spełniłby jej wygórowane kryteria.
Ucztą dla ciała i ducha były dla Martyny spotkania z niejaką panią  Lonią.  Dochodziło do nich najczęściej w ogródku, którego uprawa stanowiła punkt zaczepienia dla wszelkich dyskusji światopoglądowych.
-  Chodź no pani tu i popatrz pani, jak marchew u mnie się udała! – ton był tak zdecydowany, że dziewczyna posłusznie dreptała podziwiać grządki sąsiadki. Faktycznie, nie bez podstaw pani Lonia  uważana była przez tutejszych za czarownicę. Susza, ulewa, mróz, gradobicie, inwazja robali z Kosmosu czy inne plagi nie były w stanie zaszkodzić jej okazałym plonom.  Martyna wielokrotnie próbowała podejrzeć tak efektywne metody hodowlane, czając się w pobliskich krzakach, ale tylko naraziła się na skonsumowanie żywcem przez rozwścieczone komary. Pani Lonia za dnia przychodziła do ogrodu z pustą ręką”, tu skubnęła, tu  wyrwała, tu tylko popatrzyła. Wszelkie czary-mary wykonywała prawdopodobnie ciemną nocą, bez świadków. Ale wczesną wiosną wspomniana już marchewka szła u niej gęstym równiutkim rządkiem, nie pozostawiając żadnych wątpliwości, że urośnie do imponujących rozmiarów,  a i pozostałe nowalijki budziły podobne,  zawsze uzasadnione przekonanie.
      Po serii okrzyków zachwytu, jęków zawodu i westchnień zazdrości składających się na spektakl dramatyczny pt. „ALE PANI TO JEST!”, obie kobiety szły obejrzeć efekty ogrodniczych dokonań Martyny.
-  No, całkiem nieźle – uśmiechała się fałszywie pani Lonia, patrząc z litościwą pogardą na rachityczne warzywka i bawiąc się od niechcenia jakimś dwukilowym pomidorem, porem o rozmiarach ludzkiej nogi albo innym wybujałym ponad normę mutantem. –  Moje trochę większe, bo ja mam rękę do roślin.
        Młoda ogrodniczka postanowiła kiedyś nawet ambitnie powalczyć z niedościgłą rywalką, dochodząc do wniosku, że przyczyną jej dotychczasowych niepowodzeń był prozaiczny brak odpowiednich składników w glebie. W akcie desperacji udała się do fermy kurzej, skąd przywiozła w bagażniku własnego samochodu  dwieście kilogramów ptasiego łajna, za które w dodatku musiała zapłacić i to, wbrew pozorom, wcale niemało. Auto trzeba było wietrzyć przez trzy tygodnie, a odżywione marchewki i tak nie różniły  się niczym od tych hodowanych  bez wspomagania.
- A porego i selerego pani już przerwała? – atakowała przy innej okazji pani Lonia, wzbudzając z kolei podziw dla lekkości, z jaką traktowała normy leksykalno-gramatyczne.  Tak nazwana włoszczyzna nie była już zwykłym badylem, tylko żywą istotą o ludzkim imieniu, na wzór Walerego czy Makarego.  Nic zatem dziwnego, że traktowana personalnie rosła wyżej niż inne, pewnie z dumy.
      Dyskusje pań dotyczyły nie tylko upraw rolnych. Lonia, dysponując pewnym doświadczeniem życiowym, głównie zresztą z racji wieku, czuła się w obowiązku pouczać młodą słuchaczkę również w kwestiach ogólniejszych.
- U dzieci trzeba mieć asortyment – poinstruowała ją  któregoś dnia  – bo inaczej cholery nie słuchają i tylko kłopot później.
Trochę potrwało, zanim ogłupiała Martyna się zorientowała, że nie o ilość i różnorodność środków wychowawczych tu chodzi, a o najzwyklejszy autorytet.
- Mój syn to się świetnie uczy – pochwaliła się pani Lonia innym razem  – w nagrodę dostał nawet urlop dziekański.
- Kawy się pani napije? – zapytała, gdy Martyna zaciągnięta gwałtem na jej salony zasiadła nieśmiało za lakierowanym stołem nakrytym szydełkową serwetą.
- Tak,  jeśli to nie kłopot.
- No, to jeśli pani ŻĄDA, to ja idę zrobić.
- Dezodorantów to powinni używać tylko ci, którzy śmierdzą – oznajmiła raz stanowczo, kończąc jakąś dyskusję na temat higieny. – Kiedyś nie było takich zbytków, a mój stary za kawalera, jak przychodził do mnie, to on śmierdział jak kozioł. Jak kozioł! – powtórzyła z satysfakcją, patrząc na obecnego przy rozmowie nieszczęsnego małżonka, któremu krwistoczerwony rumieniec nagle ubarwił blade zwykle oblicze, potwierdzając jaskrawo słowa połowicy.
       Jedną z porad pani Loni  Martyna zapamiętała do dnia dzisiejszego w najdrobniejszych szczegółach, ze względu na szokującą prostotę rozwiązania problemu. Dziewczyna wróciła oto z dalekich wojaży i uskarżała się na koszmar podróżowania polskimi kolejami bez możliwości dokonania najprostszych czynności higienicznych.
- To pani nie wie, co się robi? – zdumiała się pani Lonia. – Jak nie ma wody, to trzeba nasikać na rękę i się podmyć!  Toć własnej moczy człowiek się nie brzydzi.
-  A co z zębami? – chciała zapytać Martyna, ale zacisnęła wargi przerażona możliwością wysłuchania dokładnego instruktażu. Przyszło jej też do głowy, ze niesprawiedliwa natura znowu znacznie większe możliwości  dała panom, którzy w razie naglącej potrzeby nawet plecy mogliby sobie opłukać. Nota bene z „moczą” zdarzyło jej się zetknąć w warunkach bardziej ekstremalnych,  kiedy to w jednej z chłopskich rodzin na własne oczy widziała terapię przeciwgrypową. Młodszy syn mianowicie precyzyjnie sikał na łyżeczkę do herbaty, skąd starszy spijał medykament spragnionymi usty. Podobno lek ów miał działanie panaceum, co to usuwa ciążę i krawaty wiąże.  Jednak fanką urynoterapii Martyna nie została nigdy, choć w leczeniu potomstwa zawsze preferowała naturalne metody.
       Mimo że mąż pani Loni śmierdział jak kozioł, ona była o niego zazdrosna jak lwica. Nie mogła się  nadziwić Martynie, że pozwala Maćkowi nocować poza domem, narażając się na zdradę, bo przecież chłopom tylko o to chodzi. Ona, wypuszczając męża samego sporadycznie i  tylko w sytuacjach wyjątkowych, przyodziewała go na wszelki wypadek w stare porozciągane i poplamione gacie koloru burej szmaty, a sznurowadła motała sobie tylko wiadomym sposobem tak, aby nie mógł  samodzielnie zdjąć obuwia.  Zresztą już sama bielizna ograniczała możliwości nieszczęśnika, skazując go na seks  wyłącznie z niewiastami ślepymi jak kret, a takie, jak wiadomo, gromadnie po ulicach się nie przechadzają. Ponadto każda kobieta, włączając w to także rodzoną siostrę Loni, białogłowę w wieku podeszłym,  narażała się na poważny uszczerbek zdrowia, nawet składając zdawkowe życzenia  panu Franciszkowi, o ile nieopatrznie przekroczyła dopuszczalną normę trzech cmoknięć w policzek. Awantury, jakie urządzała wtedy groźna kapłanka domowego ogniska, było słychać w najodleglejszych zakątkach wsi.
- Swojego chłopa nie masz? – atakowała bez ostrzeżenia kompletnie zaskoczoną  potencjalną rywalkę. Gdy ta usiłowała obrócić sprawę w żart, pani Lonia dobitnie ją uświadamiała, że w tych sprawach nijakich żartów nie uznaje, albowiem mąż należy do dóbr osobistego użytku.  –  Może jeszcze chcesz mu do portek zajrzeć? Albo i pomacać? – rozkręcała się coraz bardziej ku zażenowaniu jednych a jawnej uciesze innych gości. – Własnego w domu zostawiła, a cudzych będzie oblizywać! Nie dla psa kiełbasa. A ty cicho siedź! – rzucała się nagle na Bogu ducha winnego małżonka, który usiłował ją delikatnie uspokoić -  Widzicie go, niewiniątko.  Aż się trzęsiesz za innymi babami, bym  cię nie upilnowała, zaraz byś się szlajał!!
       Pan Franciszek spuszczał pokornie głowę, żeby nie zaogniać sytuacji. Nikt z obecnych zresztą nie próbował dyskutować, chociaż oskarżenie było jawnie niesprawiedliwe, jako że ulubionym stanem obwinionego był tzw. święty spokój a rzeczywisty pociąg odczuwał jedynie do schabowego z kapustą. Szósty krzyżyk na karku, zaawansowana łysina, pokaźne braki w uzębieniu oraz zgarbione plecy i ogólnie mopsi wyraz twarzy były zaprzeczeniem  wizerunku amanta.
     Martyna nigdy nie dowiedziała się, co było powodem tak irracjonalnej zazdrości małżonki. Przypuszczała, że mogły to być skutki wychowania w matriarchalnej rodzinie, gdzie zamiast przekonania, że „Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”, preferowano pogląd, że „Chłop żywemu nie przepuści”.  Faktem jest, że ona sama nigdy nie odważyła się zamienić z panem Franciszkiem nawet paru grzecznościowych słów na ulicy, ograniczając się do krótkiego „Dzień dobry”, bardziej z litości nad nim, niż ze strachu o całość własnej czupryny.
      Mieszkając na wsi, Martyna postanowiła chować swoje dzieci zdrowo i, jak to się dziś mówi, ekologicznie. Żadne konserwanty, proszki, plastiki.  Najbliższe miejsce, gdzie można było dostać mleko prosto od krowy,  znajdowało się tuż za płotem ogradzającym teren szkoły.  Niewielkie gospodarstwo  należało do niejakiego Józia Furmana, który odziedziczył je po rodzicach. Ponieważ w międzyczasie podjął w miarę intratną pracę w Trójmieście, był wyrazistą ilustracją przysłowia „Osiołkowi w żłoby dano”. Żal mu było zrezygnować z rolnictwa, ale miał zdecydowanie za mało czasu, żeby osiągnąć zadowalające efekty w czymkolwiek. Zarobione w mieście pieniądze przeznaczył na zainicjowanie hodowli, a ponieważ nie mógł się zdecydować jakiej, wkrótce po jego podwórku miotały się stada nieopierzonych gęsi, kaczek, kurcząt, perliczek i indyków przeganianych z kąta w kąt przez gromadkę beczących jagniąt płci obojga. W obórce porykiwał cielaczek, w boksie stajni raźno tupał źrebak, a w chlewku zwolnionym przez latające luzem prosiaki panoszyło się pięć dorodnych nutrii.
        Podstawową cechą mieszkańców tej arki Noego był prawie niedostrzegalny roczny przyrost wagi, gdyż o racjonalnym żywieniu nie mogło być mowy.  Martyna, obserwując chude jak grzebienie dwuletnie świnki pasące się w pokrzywach, nieraz zastanawiała się, jakie kryteria ekonomiczne stosuje Furman, prowadząc swoją działalność. Ale poza tym to dziwne sąsiedztwo wybitnie jej odpowiadało, bo, rezygnując z książkowej teorii,  mogła własnemu potomstwu udzielać lekcji poglądowych na temat  niemal wszystkich zwierząt hodowanych w Polsce. Codziennie synowie szli z nią po mleko i na własne oczy widzieli, ze krówka robi „muuu”,  kogucik „kukuryku”, a czarne bobki pozostawia po sobie koza.
       Może to miejsce było jakieś naznaczone, bo zaraz obok Furmanów mieszkał Zygmunt Młodzianek, zwaliste chłopisko obdarzone chmurną urodą rozbójnika Rumcajsa. Podobno każdemu  rolnikowi  cykl robót wyznacza przyroda: pory roku, pogoda, klimat. Każdemu, ale nie Młodziankowi. On pracował wtedy, kiedy nachodziła go wena. Nieraz opółnocy na jego polu widać było światło, bo akurat postanowił sobie trochę poorać. Kiedy okoliczni rolnicy już dawno zapomnieli o młócce, Zygmunt kończył ostatni etap żniw. Był królem  życia podchodzącym beztrosko do przyszłości zarówno osobistej, jak i licznej gromadki swego potomstwa. Ich dom, stara siedziba po przodkach, trzymał się wyłącznie siłą tradycji, bo ściany popękane od dachu do  piwnic w każdej chwili groziły zawaleniem. W Boże Ciało na nieużywanym ganku widocznym od strony szosy urządzano iskrzący się lampkami i pokryty girlandami wiosennych kwiatów przepyszny ołtarz, przy którym zwyczajowo zatrzymywała się procesja, ale nikomu nie przyszło do głowy tego ganku pomalować chociaż raz na kilka lat.  Zdechła krowa przez wiele dni straszyła mieszkańców wzdętym brzuchem wystającym z płytkiego bajorka na podwórku.  Kiedy gospodarzowi udało się sprzedać kawałek własnego gruntu, pierwszym zakupem, jakiego dokonał, była antena satelitarna i dobrej marki telewizor, a co! Po ciężkiej pracy należy się godziwa rozrywka!
        Martyna doznała kiedyś zaszczytu zaproszenia na kawę do Młodzianków, których skądinąd darzyła wielką sympatią, jako ludzi szczerych, otwartych  i pogodnych. Udała się tam z Michałem, bo, prawdę mówiąc, nie miała go z kim zostawić. Wprowadzono ich do reprezentacyjnego saloniku o powierzchni dobrych 30 metrów kwadratowych.  Widoczne starania pani domu w postaci obrusików, firaneczek i przeróżnych bibelotów nie były w stanie zamaskować postępującej ruiny lokalu.  Podłużne szpary na ścianach, w które swobodnie można było wsunąć dłoń,  szare plamy zacieków i frędzle z odłażącego tynku na suficie, wytarta, skrzypiąca niemiłosiernie podłoga, miejscami wklęsła na skutek wygnicia legarów, oraz wszechobecny zapach stęchlizny tak charakterystyczny dla miejsc starych i zagrzybionych.  W tym domu pochwała gustu, gospodarności czy pomysłowości gospodarzy po prostu nie przechodziła przez gardło, bo brzmiałaby jak kpina.
        Pani Ania Młodziankowa, widząc ukradkowe spojrzenia rzucane przez gości, sama sprowokowała rozmowę, której głównym tematem był planowany remont. Uspokoiła też obecnych, że dach nie grozi zawaleniem, bo skoro przez tyle lat wytrzymał… Faktycznie, zawalił się dopiero jakieś pięć lat później, na szczęście, kiedy nikogo nie było w domu.
        Nie obyło się jednak bez towarzyskiego faux pas, kiedy to Michał, po bacznym zlustrowaniu wszystkich kątów, zwrócił zachwycone oblicze do matki i wypalił głosem  przerywanym od pozytywnych emocji:
- Mamo, jaki tu … syf!
      Wprawdzie Martyna usiłowała niezdarnie wytłumaczyć przemiłej gospodyni, że zachowanie syna podyktowane zostało ostatnimi wydarzeniami w domu, kiedy to osobiście musiał szorować ścianę wymazaną błotem przez zaproszonego kumpla-neandertalczyka, ale niesmak pozostał na długo.
     Kaszubi to naród gospodarny, zapobiegliwy i czysty. Martyna jako „szkólna” złożyła wiele wizyt zapowiedzianych i znienacka, więc jej przeświadczenie miało solidne podstawy.  Przyjmowano ją gościnnie, a widok wypucowanych do połysku salonów, zawsze odkurzonych mebli oraz krochmalonych serwet na stołach wywoływał u niej poczucie winy, że sama tak nie dba o mieszkanie. Na szczęście jedna z wizyt na zawsze pozbawiła ją tego wrażenia a nawet wprowadziła w dumę, że ona tak(!) to nigdy.
        Dowiedziała się mianowicie, będąc akurat matka karmiącą, a przez to szczególnie wrażliwą na niedolę wszelkich osesków, że jedno z wiejskich niemowląt ma odparzoną dupinę. Gnana bezrozumną troską o obce dziecko wsiadła na rower i, jak kowboj  w „theendzie” westernu,  popedałowała wprost na zachód znaczony czerwonym światłem gasnącego dnia. W dłoni dzierżyła Linomag, lek ówcześnie stosowany na takie przypadłości powszechnie i z powodzeniem. Bez zapowiedzi wkroczyła na podwórko, opędziła się od paru psów, na szczęście niezbyt dużych, i weszła do tzw. sieni.  Wstępu  broniły nie drzwi, ale imponująca sterta tetrowych pieluch malowniczo opaćkanych brązową kupką. Stosowny zapach unosił się w powietrzu razem z rojem  uśmiechniętych, wypasionych much popularnie zwanych plujkami. W środku nie było nic lepiej. Niewielka izba, zagracona do granic możliwości, wypełniona była jak watą gorącym dusznym powietrzem,  gdyż żelazny piecyk stojący w centrum rozpalono do czerwoności, aby niemowlę, broń Boże, się nie przeziębiło. Na dworze, mimo nadciągającego wieczoru, temperatura ledwo przekraczała +20ºC, więc była z pewnością zabójcza dla wszelkich niedorosłych istot, dlatego dla wszelkiej pewności dziecko zapakowano w becik i położono pod pierzynę do małżeńskiej łożnicy rodziców.
        Kwestie higieny nie były już traktowane tak rygorystycznie,  bo dzieciak miał w fałdkach szyi wałek wielodniowego brudu, paznokcie na rączkach prawie dłuższe niż palce, a pupę  czerwoną jak gaśnica pianowa. Przyczyną tej ostatniej dolegliwości z pewnością był fakt, że zasikane pieluchy tylko suszono, po czym beztrosko używano ich ponownie i to niejeden raz. Każde niemowlę, jak wiadomo, potrzebuje wody w ilościach hurtowych, a gospodarstwo owo nie miało jej w ogóle, co jednak zdaniem Martyny nie było żadną okolicznością łagodzącą takie zaniedbanie. Po wykonaniu niezbędnych czynności kosmetyczno-terapeutycznych wokół noworodka, przeświadczona o swojej misji,  przystąpiła zatem do uświadamiania rodziców, jak należy dbać o zdrowie potomka. Zetknęła się z uprzejmą obojętnością a nawet cynicznym i pełnym niedowierzania uśmieszkiem okraszonym słowami: – No, jeszcze zobaczymy, czyja racja. – W kilka dni później uprzejma sklepowa poinformowała ją, że w kolejce po towar urządza się zakłady pieniężne na temat „Kiedy ta miastowa wariatka zaziębi swoje dziecko na śmierć”.  To zimny wychów oseska-Michała sypiającego nago w cieniu rozłożystej lipy budził powszechne emocje. Nigdy nie zdołała udowodnić, że takie właśnie działanie było prawidłowe, zdaniem wielu ludzi po prostu dzieciak miał szczęście, ot co!
        Spokojne, niespieszne popołudnia i wieczory miło spędzane w gronie  bliższych i dalszych znajomych zostały na początku lat dziewięćdziesiątych poważnie narażone na totalną zagładę. Uboga wieś kaszubska uległa nagle zainfekowaniu ideą marketingu bezpośredniego, który otwierał przed ludźmi nieograniczone możliwości finansowe, byle tylko „nie bali się swoich marzeń”. Wprawdzie marzenia przeciętnego Kaszuba nie wykraczały poza płot jego gospodarstwa, ale indoktrynacja wyszkolonych specjalistów zrobiła swoje.
Któregoś dnia Martyna wybrała się do swojej rówieśniczki, niejakiej Janeczki, przesympatycznej, gospodarnej i gościnnej poznanianki osiadłej na tych terenach z powodu małżeństwa z miejscowym urzędnikiem gminnym. Niczego nie podejrzewając,  zaczęła pić wonną kawkę, gdy gospodyni znienacka wyciągnęła gruby segregator wypełniony folderami i rozpoczęła profesjonalną agitację na rzecz Amwaya, sugerując oniemiałemu gościowi, że sama osiąga już niewyobrażalne sukcesy w dziedzinie budowania sieci, a lada moment przyjdą za tym wielkie pieniądze.
-  Masz chyba jakieś marzenia – zaczęła Janeczka, przymykając oczy z rozkoszy – każdy przecież je ma.
-  No mam – złapała przynętę Martyna – chciałabym kupić sobie takie skórzane kozaki , widziałam w Kartuzach, cudo.
-  E tam, kozaki! Ja mówię o czymś więcej. Wakacje na Wyspach Kanaryjskich, własna willa w dowolnym miejscu świata, dzieci kształcone w Oxfordzie albo Cambridge … -
       Wizja rozstania z siedmioletnim Michałem wyjeżdżającym samotnie do Anglii nie była najprzyjemniejsza i wywołała na twarzy matki niekontrolowany grymas, ale Janeczka, nie zważając na  nic, tokowała dalej:
-  Jesteś wspaniała kobietą, wartą luksusu i dostatku, ale sama musisz o to zadbać. Pomyśl o dniu, w którym będziesz mogła wstać wtedy, kiedy się wyśpisz, a nie kiedy budzik zadzwoni.
- „To już jutro! Sobota przecież, a moje szczawiany, na szczęście, to ja muszę budzić, bo są wytresowane na późne wstawanie.”
- Pełna niezależność finansowa,  cały świat przed tobą,  wszystko w zasięgu ręki, zero problemów – kusiła Janeczka, nie precyzując na razie szczegółów kontraktu. Wezwana do odpowiedzi, rozłożyła jednak na stole próbki towarów i rozpoczęła kampanię reklamową, z której Martyna zapamiętała jedynie, że to, co dobre, po prostu musi być drogie, natomiast przekonanie małorolnych do nabywania towarów najwyższej jakości to obowiązek każdego oświeconego człowieka.
     Sceptycyzm słuchaczki został przez przyszłą królową marketingu utożsamiony natychmiast z niemożnością pokonania wewnętrznych barier, czego tylko przez uprzejmość nie nazwała tępotą i brakiem wyobraźni. Uraczyła ją za to anegdotą o psie, który cierpi okrutne męki, leżąc od lat na wystającym z podłogi gwoździu, ale nie ma tyle rozumu, żeby się przesunąć o parę centymetrów. Na koniec dodała, że całe to spotkanie uważa za stratę czasu, bowiem mogłaby je przeznaczyć na pozyskanie nowego cennego współpracownika. Martyna została odprowadzona do drzwi i pożegnana ozięble, by nie rzec – z pogardą.  Spotkania towarzyskie zostały zawieszone na czas pracy nad sukcesem, co, jak łatwo się domyślić, nie nastąpiło nigdy, bo Janeczka, jak każdy inteligentny człowiek, szybko się zorientowała, że są w życiu sprawy znacznie ważniejsze niż harmonia pieniędzy i luksusowe życie.
       Od tego czasu każde nieoczekiwane zaproszenie na kawę,  nawet od bliskich znajomych, niosło ze sobą niebezpieczeństwo trafienia na imprezę o podobnym charakterze. Różnice dotyczyły tylko firm. Zasada agitacji była zawsze ta sama, a powtarzająca się za każdym razem wizja wakacji na Wyspach Kanaryjskich spowodowała, że stały się one dla Martyny ostatnim miejscem, które pragnęła kiedykolwiek zobaczyć. Jak bowiem można ciekawie spędzić czas wśród ludzi, którzy nie mają już żadnych marzeń, bowiem ostatnie właśnie zrealizowali? (c.d.n.)

ROZDZIAŁ III: Gniazdko


– Uff! Zasłużyłam na chwilę przerwy – Martyna zlana potem przysiadła na kuchennym taborecie i zaciągnęła się wonnym carmenem. Słowa te wypowiedziała do siebie, albowiem w mieszkaniu nie było żywej duszy. Właśnie skończyła  prace konserwatorsko-malarskie, a przy starych oknach było co robić. Przypomniały jej się złośliwe dowcipy na temat kobiet, z których każda bez problemu potrafi precyzyjnie pomalować paznokcie obu rąk, a  z prostej  futryny robią stalaktyt ociekający strugami farby olejnej. No cóż, trening czyni mistrza i trzecie malowanie wyszło jej już całkiem fachowo.
       Jak większość mężczyzn na świecie, Maciek oddał duszę swojej pracy zawodowej, poświęcając jej znacznie więcej czasu, niż faktycznie musiał. Drugie tyle zajmowało mu dojeżdżanie, bo aby wyeliminować jakąkolwiek możliwość spóźnienia, zawsze korzystał z autobusu wcześniejszego o co najmniej dwie godziny.  Gdy miał na rano, wychodził z domu o pierwszym brzasku, gdy na noc – wczesnym popołudniem. Szkolenia mające w nieodgadnionej przyszłości zapewnić mu awans oraz liczne zebrania załogi i spotkania z kontrahentami powodowały, że dla rodziny był dostępny dwa – trzy razy w tygodniu.  Nieliczne chwile jej poświęcane uszczuplał dodatkowo ambitnym samokształceniem, bowiem postanowił posiąść biegłą znajomość języka angielskiego  bez pomocy lektora.  Snuł się więc po domu z coraz to nowym podręcznikiem, mozolnie wkuwając słówka i zamęczając wszystkich gości, którzy mogli wyszlifować jego akcent.
      Martyna, zajęta wyściełaniem swojego gniazdka, przestała właściwie odczuwać JAKIEKOLWIEK potrzeby związane z posiadaniem małżonka. Mieszkanie wymagało sporych nakładów, a że większych pieniędzy na horyzoncie jakoś nie było widać, należało użyć własnej wyobraźni i  środków zastępczych.  Wychowana na powieści „Mała księżniczka”, jak jej bohaterka, Sara, której fantazja potrafiła zamienić zapuszczone poddasze w elegancki przytulny buduarek,  znosiła do kwatery przeróżne gadżety mające ją ozdobić i uczynić bardziej funkcjonalną.
        Meble przywiezione z Gdańska nie załatwiały sprawy. Obojętnie czy zestawione razem, czy rozdzielone po wszystkich kątach, miały jedną podstawową cechę – na tej powierzchni nie było ich po prostu widać. Dokupiona na użytek Pawełka wygodna wojskowa polówka nie poprawiła ogólnego wizerunku, tym bardziej, że stała we wnęce i nie rzucała się w oczy.  Mieszkanie nadal wyglądało jak opuszczone w pośpiechu przez poprzednich właścicieli.
Pierwszym zdobycznym meblem stała się staroświecka szafa na książki, którą dyrektor (o nazwisku!!) Jurek wypożyczył im z magazynu zużytych sprzętów. Wyglądała jak z filmów o XIX -wiecznej szkole: ciemnowiśniowa, z mnóstwem półek za oszklonymi drzwiami. W dwa dni później na ogromnym przepastnym strychu, z którego pozwolono im korzystać, znaleźli piękną drewnianą ławkę z podnoszonym pulpitem i otworem na kałamarz. Jakby czekała tam na Pawła, który za miesiąc miał rozpocząć edukację w pierwszej klasie.
        Podłoga z wypaczonych od starości desek, świeżo odmalowana, chwilowo nie potrzebowała żadnego okrycia, a ustawione w każdym możliwym miejscu słoiki z polnymi kwiatami nadawały wnętrzu nieco cepeliowski charakter.
       Ulubionym miejscem Maćka i Martyny stała się jednak kuchnia.  Początkowo wyposażona mniej niż skromnie, miała jednak niepowtarzalny klimat,  ciągnący ich tam wieczorami jak ćmy do lampy. Kiedy otumaniony świeżym powietrzem Paweł usypiał na swojej polówce, oni rozpalali ogień w starej westfalce, stawiali na płycie czajnik i opowiadali o minionym dniu albo po prostu milczeli.  Pod oknem na taniutkiej sosnowej komódce stał dwunastocalowy telewizorek, na stole parowała wonna herbata podawana „po rosyjsku” z konfiturą na talerzyku. Czasem wypijali po lampce koniaku, którego smaku Martyna nie cierpiała, ale przewracała w zachwycie oczami i cmokała językiem z wprawą godną najlepszego kipera, żeby nie wyjść na prowincjuszkę.  Te ciche wieczorne chwile utkwiły w jej pamięci jako najpiękniejsze. Już nigdy i z niczego się tak nie cieszyła, jak z tego zwyczajnego spokoju i trzasku ognia pod starą żeliwną płytą.
       W ciągu dnia czuła się jak na wczasach zorganizowanych w archaicznym, źle wyposażonym ośrodku,  oferującym jedynie dach nad głową oraz piękny krajobraz  i zdrowy klimat.  Brak kanalizacji doskwierał zwłaszcza przy zmywaniu i praniu, nie mówiąc o bardziej przyziemnych potrzebach. Wprawdzie istniała prowizoryczna instalacja doprowadzająca wodę na piętro, ale każdą wykorzystaną kroplę trzeba było osobiście wyekspediować na dół. Pomieszczenie zwane łazienką zaopatrzono w kran wystający z gołej ściany -  i to wszystko. Poprzednim lokatorom nie zależało na luksusie posiadania własnej muszli klozetowej, bowiem mieszkali tu tylko przelotem. Maciek załatwiał grubsze sprawy w pracy, a że  natura lepiej go dostosowała do prymitywnych warunków, urządzał wycieczki do sadu, gdzie dmuchając dymem papierosowym w niebo, zraszał w zadumie gęste zarośla pokrzyw. Martyna trenowała sikanie raz na dobę, bowiem z podwórkowej, śmierdzącej chlorem sławojki korzystała niechętnie po tym, jak przeżyła tam oblężenie stada gęsi. Pewnie wkrótce doszłaby do mistrzowskich wyników, gdyby nie odezwał się w niej instynkt samicy walczącej o własne młode.  Otóż Maciek którejś nocy wyraził oburzenie, że jego siedmioletni syn nie wychodzi tak jak ojciec do sadu, a nawet sprawia wrażenie, jakby się bał nawet samego pomysłu takiej eskapady.
– Zwariowałeś, przecież to małe dziecko! Gdzie o tej porze będzie łaził? Sumienia nie masz? – broniła synka matka.
– Na ciamajdę go chowasz, będzie się zawsze wszystkiego bał, jak teraz się nie przełamie! – grzmiał  doświadczony ojciec.
– A ty co, Piast Kołodziej? – nie ustępowała Martyna. – Dzieciak skończył siedem lat i przechodzi pod twoją opiekę? Zamierzasz go  teraz uczyć męskiego rzemiosła?  Zaczynamy od sikania w pokrzywy na odległość, potem może picie piwa na czas?  I co jeszcze zaproponujesz?  Inicjację?  Facet, mamy XX wiek!
       Płomienna przemowa nie na wiele się zdała. Maciek nie dał się przekonać i osobiście wyprowadził Pawła z domu, wprawdzie tylko pod drzwi, ale zaspanemu dzieciakowi to wystarczyło w zupełności, gdyż tuż za ostatnim schodkiem zaczynała się czarna nicość. Wrócił biegiem, przestraszony, roztrzęsiony, zaryczany. Martyna tego wieczoru nie dyskutowała z mężem, nawet z nim nie spała, poświęcając się w całości robieniu z potomka maminsynka. Nazajutrz pojechała do gminy, gdzie, używając całej posiadanej siły perswazji, wymogła na urzędnikach obietnicę modernizacji instalacji wodociągowej i to w niewiarygodnie krótkim terminie. Obiecanki obiecankami, ale realizacja przedsięwzięcia dokonała się, o dziwo,  w ciągu miesiąca, dzięki niespodziewanemu wstawiennictwu kolegi – redaktora jednej z gdańskich gazet. Kiedyś odwiedził Martynę w jej nowym lokum a następnie, bez porozumienia z nią, przedstawił na piśmie prymitywne warunki życia wiejskiej nauczycielki, szczególną uwagę skupiając na plastycznym opisie drewnianych sławojek z serduszkiem oraz dołów kloacznych zabezpieczonych prowizorycznie pozieleniałymi ze starości deskami. Artykuł ten zatytułował „Pół godziny z Gdańska do XIX wieku”. Dwa dni po ukazaniu się gazety pod szkołę podjechała ciężarówka wyładowana rurami, kolankami, kształtkami, bojlerami, sedesami, zlewami, wannami, kranami i innym hydraulicznym hurtem. Ekipa remontowa działała jak w transie. Po tygodniu woda leciała nie tylko z dołu do góry, ale i z góry na dół !!!   Gdyby wtedy mieli kamerę, z pewnością utrwaliliby dla potomności dzień pierwszego skorzystania z wszystkich dobrodziejstw cywilizacji: wanny, umywalki a  przede wszystkim sedesu.  Kolejne dni Martyna poświęciła głównie pracom domowym przy użyciu ciepłej wody. Zmywanie i pranie ręczne sprawiło jej niewypowiedzianą rozkosz. Sprawdziła się stara mądrość żydowska, że aby było dobrze, musi najpierw być gorzej niż  źle.
       Wkrótce za cywilizacją do mieszkania wkroczył wyższy standard życia. Wykorzystując w ostatnim niemal momencie kredyt dla młodych małżeństw, wzbogacili się o solidny półkotapczan, modny zestaw wypoczynkowy „Trapez”, komplet sosnowych mebli kuchennych oraz pralkę  automatyczną i zwykłą – wirnikową „Franię”, na wypadek awarii tej pierwszej.  Wymienionych zakupów nie dokonali oczywiście jednego dnia – trzeba było odstać  swoje w kolejce, choć na wsi zaopatrzenie było znacznie lepsze a oczekiwanie krótsze niż w mieście.
       Obie pralki pojawiły się w domu niemal równo z nowym lokatorem, Michałem, którego pieluchowe potrzeby były absolutnie priorytetowe.  Na niemowlęcych dupinach królowała wyłącznie tetra i flanela, a białe sztandary powiewające na sznurach dumnie znaczyły podwórka domostw, gdzie pojawił się nowy członek rodziny.  Pieluchy codziennie prano i gotowano w celu dezynfekcji, a gorliwe matki jeszcze je prasowały z obu stron.  I tak około pół roku. Pralka automatyczna była wynalazkiem wszechczasów  szczególnie dla wycieńczonych położnic i ich zagonionych małżonków.   Wsadzało się brudne, wyjmowało czyste i prawie suche, to nic,  że  czasem trochę poszarpane. Kiedy realizował się dwugodzinny program gotowania bielizny, można było przechlapać „kolory”   we „Frani”. Luksusy cywilizacyjne, jakich dziś nie sposób zrozumieć!
       Jednak państwo zadbało, żeby dobrobyt nie przewrócił im w głowie, bowiem wkrótce otrzymali pismo, iż mają „na ten tychmiast” spłacić cały kredyt, gdyż w jego ramach nabyli DWIE pralki, zatem jedną z nich z pewnością w celach spekulacyjnych. Kiedy Maciek otworzył kopertę i przeczytał treść oskarżenia, omal go szlag nie trafił. Zwykle opanowany i przestrzegający form, krzywiący się z niesmakiem, jeśli bardziej spontanicznej Martynie wyrwała się czasem jakaś niestosowność, teraz aż kipiał z emocji:
– Porąbało ich?  Czym ja niby będę spekulował, jedną pralką wirnikową? Pieprzeni biurokraci! Dupy im do krzeseł przyrosły i prawdziwego świata nie widzą. Nie przychodzi do głowy jednemu z drugim, że  jak kupiłem, to widocznie potrzebuję! Pralka automatyczna i wirnikowa to dla nich ten sam sprzęt! Chwała Bogu, że jeszcze balii z tarą nie kupiłem, bo z pierdla bym nie wyszedł!
       Przyczyna kupienia drugiej pralki była prozaiczna do bólu, choć regulamin preferencyjnego kredytu najwidoczniej jej nie przewidział. Jednym z minusów mieszkania na wsi były częste przerwy w dopływie prądu, co z kolei powodowało liczne awarie elektrycznej pompy wodociągowej.  Gdy tylko gasło światło, mieszkańcy Markowa rzucali się do kranów i napełniali wodą wszelkie możliwe zbiorniki, bo zachodziło realne  prawdopodobieństwo posuchy przez dwa – trzy następne dni. Jeżeli tak się stało,  korzystanie z pralki automatycznej było znacznie utrudnione, a kto nigdy nie próbował napełniać jej pięciolitrowym garnkiem, ten nie ma pojęcia o czym mowa.
– Co teraz zrobimy? – Martyna z ufnością zwróciła się do męża, niezłomnie wierząc w jego możliwości.
– Pojęcia nie mam. Zobacz, napisali, że mamy natychmiast oddać cały kredyt, to znaczy, że nam nie umorzą połowy. Skąd ja wezmę tyle kasy? Cholera, że cię podkusiło na tę „Franię”!
       Pomysł wprawdzie był autorstwa obojga, ale w sytuacji krytycznej znalezienie kozła ofiarnego nieco studziło emocje i przywracało zdrowy rozsądek, co teraz było najważniejsze, więc Martyna nie oponowała. Nieszczęsny kredytobiorca medytował dłuższą chwilę i wreszcie powiedział:
– Wytoczymy im wojnę na pisma!
       Elokwencja polonistki, rozsądek magistra ekonomii oraz fachowa pomoc radcy prawnego stworzyły dzieło epistolografii tak wielkiego kalibru, że komunistyczni biurokraci skapitulowali, zabierając tylko jako haracz niewykorzystaną resztę pożyczki, na szczęście zostały tylko jakieś grosze, których nie wystarczyłaby nawet na dywanik do przedpokoju.  Zwycięstwo było miażdżące i do dziś zajmuje poczesne miejsce w zbiorze rodzinnych opowieści.
     Przy okazji nabycia szafek kuchennych objawił się niespodziewanie gorący temperament dość flegmatycznej dotąd Martyny. Otóż przywieziono je w przeddzień pierwszej wizyty Przyjaciółki, konkretnie w piątek wieczorem.  Któraż kobieta nie chciałaby się popisać przed gościem, zwłaszcza takim, swoją gospodarnością, gustem i zdolnościami aranżacyjnymi?  Po obejrzeniu mebli i nacieszeniu się ich nowością, funkcjonalnością i eleganckim wyglądem, nie odbiegająca od przytoczonej normy niewiasta zapragnęła natychmiast umieścić je w odpowiednim miejscu, to jest dolne szafki na podłodze, a górne nad nimi, na ścianie. Z pierwszą częścią zadania poradziła sobie sama, nie angażując Maćka i nieco tylko  rysując podłogę. Druga część, niestety,  przerosła jej babskie umiejętności,  więc poprosiła o pomoc męża, który jednakowoż zlekceważył powagę sytuacji, mówiąc, że jutro załatwi od kogoś wiertarkę. Jutro? Jutro przyjeżdża Przyjaciółka i jej zazdrosnym oczom już od progu ma się ukazać całe piękno pomieszczenia, w którym wypiją przywitalną kawę! Czy żaden mężczyzna tego nie rozumie? Maciek w każdym razie nie zrozumiał i uparcie twierdził, że nie ma się po co spieszyć.  Wkrótce jednak zmienił zdania i leciał przez uśpioną wieś po niejakiego Malwę, słynącego na całą okolicę z posiadania wszelkiego sprzętu zmechanizowanego, w tym wiertarki właśnie. Decyzję podjął wskutek widoku żony, która w szale wskoczyła na stół i jednym ciosem zerwanego z nogi drewniaka wbiła w ścianę gruby na palec hak, a on wszedł jak w masło, bowiem cudem jakimś trafił w przerwę między cegłami. Ponadto o zaprawie nie dało się nijak powiedzieć, że była twarda jak beton, gdyż  w jej skład wchodził głównie piasek. Mieszkańcy Markowa opowiadali anegdoty o tym, iluż to okolicznych murarzy nieodpłatnie skorzystało z materiałów przeznaczonych na budowę szkoły. Niemniej jednak ściana nie składała się z samych przerw między cegłami i drugi hak nie dał się już wbić z taką łatwością nawet przy użyciu żelazka. Kawał tynku spadł z hukiem na podłogę, a Martyna zalała się rzewnymi łzami, wyzywając małżonka od bezdusznych, leniwych gnojków. Szafki zawieszono w pół godziny później i już od rana kuchnia stała się obiektem podziwu najpierw sąsiadów, a potem oczekiwanej Przyjaciółki.
       Każdy przeprowadzany w domu remont, każdy nowy sprzęt, każde udogodnienie,  było dla Martyny powodem do radości i dumy. I każda taka sytuacja natychmiast stawała się pretekstem do kolejnego przestawiania obecnych już mebli. Zdezorientowanemu początkowo Maćkowi zdarzało się wejść w nocy do szafy albo szukać gaci w biblioteczce, ale wkrótce doszedł do perfekcji w samodzielnym odnajdowaniu potrzebnych mu rzeczy i został przez to jedynym żonatym mężczyzną na świecie wyposażonym w tak niezwykłe  umiejętności.
       Trzeba mu było jedno przyznać – sprzątał, zmywał, wycierał kurze. Jako pedant nienawidził takich oznak nieporządku jak brudna podłoga, rozrzucone zabawki czy pełna popielniczka.  Kwestie poważniejsze, wymagające zdolności manualnych, omijał z daleka i nie dawał się wciągać w żadne dyskusje na ten temat. Nie pomagały ani uszczypliwe uwagi o manualnych kalekach nieumiejących trzymać młotka, ani pełne wiary okrzyki żony, ze przecież jest mężczyzną, więc z definicji musi to potrafić. Wkrótce wszyscy w okolicy wiedzieli, ze Andrzejewski to panisko, co nawet do prostej roboty wynajmuje majstra. Ale że koszt robocizny czegokolwiek oscylował w granicach pół litra czystej, Martyna jakoś sobie radziła.
     Chętnych do wzmiankowanej waluty nie brakowało, chociaż jakość ich usług niejednokrotnie pozostawiała dużo do życzenia. Którejś wiosny na przykład u Andrzejewskich odbywało się wielkie malowanie połączone ze skrobaniem ścian, na których widniało już kilka warstw starej farby.  Martyna w tym czasie wykonywała swoją pracę w szkole na tyle rzetelnie, na ile pozwalały jej natrętne myśli, co też piętro wyżej wyprawiają fachowcy? Na każdej przerwie latała na górę, aby nakryć ich  a to na ćmieniu sportów, a to na śniadaniu, a to na piwku. Ponieważ jednak efekty ich działań remontowych również były widoczne, doszła do wniosku, że postoje w pracy panowie robią po prostu co 45 minut, równo z dzwonkiem szkolnym. Na szczęście zakończenie robót wypadło już po jej  lekcjach, bowiem gdy wpadła do domu po raz ostatni, skonstatowała ze zgrozą, że jeden z robotników zabiera się właśnie do malowania podłogi nieoczyszczonej  z resztek po skrobaniu ścian! No, powiedzmy oczyszczonej z grubsza, gdyż o ile środek można było od biedy  zaakceptować,  to przy listwach prezentował się dumnie wielobarwny plastyczny model Himalajów wysoki na około 5 cm.  Katastrofie udało się zapobiec, choć fachowcy zażądali dodatkowych trzech piw za sprzątanie pomieszczenia.
       Raz w życiu udało się Martynie zaangażować Maćka do tzw. grubszej roboty, czego potem miała gorzko żałować . Nabyła oto kiedyś okazyjnie cztery rolki tapety w efektowną cegiełkę i postanowiła wykleić nią przedpokój, stanowiący jak wiadomo wizytówkę mieszkania. Warto zaznaczyć, że w owych czasach tapeta w cegiełkę stanowiła szczyt elegancji i dobrego smaku.
      Martyna poznała już smak tapetowania, pomagając kilku swoim koleżankom wykonać to bojowe zadanie. Jakoś żaden z ich małżonków nie rwał się do tej roboty, wymawiając się jak nie pilnymi obowiązkami, to prozaicznym bólem głowy. A wyzwania były nie lada jakie. W jednym przypadku chodziło o wielki pokój w starym budownictwie, wysoki na 4,5 metra, a w drugim – o centralnie położony przedpokój w bloku, gdzie powierzchnia ścian była wprawdzie mniejsza niż siedmiorga drzwi prowadzących do różnych pomieszczeń, ale za to wzbogacona licznymi wnękami i wykuszami. Technika tapetowania siłą rzeczy za każdym razem musiała być inna.  Wielkie, prawie pięciometrowe płachty wprawdzie szybko pokrywały ścianę, ale ich przyklejenie graniczyło z cudem i dokonywane było przy pomocy wałka od kanapy tudzież korpusów obu, na szczęście dość hojnie wyposażonych przez naturę, kobitek.  Druga technika wymagała nie tyle sprawności fizycznej i znajomości technik masażu erotycznego, co  benedyktyńskiej cierpliwości w dopasowywaniu do siebie kilkucentymetrowych paseczków, w których dodatkowo musiał się pokrywać wyraźny geometryczny wzór. Układanie mozaiki w łaźni rzymskiej było przy tym wyzwaniu zabawą przedszkolaka.
       Po takiej praktyce Martyna miała święte prawo sądzić, że wytapetowanie własnego standardowego przedpokoju zajmie im czas między obiadem a kolacją. Uruchomiła cały swój wdzięk i urok osobisty, przez tydzień konsekwentnie utwierdzała małżonka w przekonaniu, że jest jej najwspanialszym darem losu i jak psu micha należy mu się estetyczna oprawa. Następnie rozrobiła wiadro kleju, pocięła tapetę na stosowne kawałki, wyniosła meble z pomieszczenia, umyła i zagruntowała ściany. Tuż przed godziną „W” przygotowała też drinki, koreczki, sernik i kawę w termosie.
       Pozytywnie naładowany Maciek wziął się ochoczo do roboty. Wspólne przyklejenie pierwszego paska tapety zakończyło się pełnym sukcesem, co oczywiście natychmiast należało oblać, żeby uniknąć pecha w przyszłości. Ponieważ w międzyczasie zaistniała potrzeba nakarmienia i położenia spać dzieci, a następnego dnia pan domu musiał wstać o świcie, dalsze prace należało odłożyć. Kolejnego wieczoru cała ceremonia powtórzyła się od nowa, z tym, że udało się przykleić aż dwa paski. Na trzeci dzień w kuchni coś zaczęło zalatywać, a fetor z każdą minutą był coraz bardziej nieznośny. Wizja lokalna wykazała, że przyczyną był klej skomponowany na bazie kości zwierzęcych. Trzeba było kupić nowy – kolejny dzień zwłoki. W międzyczasie wyszło na jaw, iż różnica między szerokością ściany w rogu dolnym i górnym wynosi prawie 10 centymetrów, czego nijak nie da się zatuszować, zważywszy na wyraźny prostokątny wzór cegiełek na tapecie. Żmudne wycinanie i dopasowywanie stosownych klinów ostudziło pierwotny zapał Maćka, który utwierdził się w przekonaniu, że efekt i tak nie będzie zadowalający, więc szkoda jakiegokolwiek zachodu. Od czasu do czasu z krzywą miną przytrzymywał jakiś płat tapety albo nawet odrywał się od gazety, aby podać na przykład pędzel i na tym jego udział w remoncie się kończył.
       Po miesiącu Martynie udało się szczęśliwie zakończyć tapetowanie. Do następnego, po kilku latach, zaangażowała chłopa ze wsi, który za zwyczajową połówkę i cztery piwa w trzy godziny uporał się z zadaniem.  No cóż, każdy widocznie jest stworzony do czego innego, więc nie należy się wtrącać w cudze kompetencje. (c.d.n.)

ROZDZIAŁ II: Przeprowadzka


       Martyna  zaciągnęła się kolejnym papierosem, w zadumie obserwując dorobek małżeński ładowany właśnie na pakę taksówki bagażowej. Tapczan, mała meblowa lodówka,  dwa składane krzesła,  wąski sosnowy regalik, trochę naczyń, mikser, młynek do kawy, przenośny telewizorek w białej plastikowej obudowie, dwa rowery: wyścigowy Maćka i jej zielona damka. Niewiele tego, ale nie inwestowali w żadne ruchomości, bo perspektywa własnego mieszkania w najbliższej dziesięciolatce była równie realna jak wakacje na Marsie, a wynajmowane pokoje z reguły już umeblowano. Teraz jednak będą musieli doposażyć swoje pierwsze samodzielne lokum, na które składał się ogromny pokój z wnęką oraz równie duża kuchnia i łazienka.  Lokal ten był podstawowym czynnikiem decydującym o podjęciu przez Martynę pracy w małej wiejskiej szkółce w Markowie.
       Nagle ogarnęło ja dziwne uczucie ulgi pomieszanej z satysfakcją i wszechogarniającym poczuciem bezpieczeństwa. Dotychczas ciągle miała podświadome wrażenie, jakby jej związek był doraźny, chwilowy i na tyle mało ważny, by nie zawracać sobie głowy gromadzeniem wspólnego dobra. Dwa lata mieszkania w akademiku,  następne dwa lata kątem u rodziny i wreszcie kolejne w wynajętych kwaterach sprawiły, że ich małżeństwo, mimo iż uwieńczone kilkuletnim już potomkiem płci męskiej, nadal przypominało raczej zabawę w rodzinę albo, co gorsza, próbę generalną przed czymś poważniejszym. Rodzice obojga małżonków z niewiadomych przyczyn zgodnie podtrzymywali ten stan, twardo stojąc na stanowisku, że w takich warunkach dziecka wychowywać się nie da. W efekcie Pawełek, dla własnego dobra, jak orzekło familijne konsylium,  cały tydzień  spędzał u babci, z matką i ojcem spotykając się jedynie w weekendy.
        Teraz kończy się  prowizorka, a zaczyna prawdziwe życie. Będą się urządzać, gotować, piec niedzielne ciasta, przyjmować gości, posyłać dziecko do szkoły. Nie wiadomo dlaczego Martynę najbardziej ucieszyła perspektywa kupowania firanek i robienia przetworów na zimę.  Nie mogła się tego doczekać.
       Pan Janek na zakończenie znajomości dał jeszcze popis swojej wysokiej kultury, podejrzliwie patrząc im na ręce i ostentacyjnie oglądając każdy przedmiot wynoszony z domu. Prawdopodobnie uznał, iż tylko wzmożona czujność może go uchronić od  konsekwencji pomyłki związanej z wynajęciem pokoju ladacznicy i jej sutenerowi.
       Podróż z Gdańska do  Markowa trwała niespełna godzinę. Za oknem przesuwały się kolejne sielankowe widoczki: kępy brzózek nad strumieniem, krowy na pastwisku, połyskujące srebrem jezioro w Osowej, osiedle słodkich białych domków o malinowych dachach,  ciemnozielona plama lasu na horyzoncie.
        Dwa tygodnie temu odwiedzili to miejsce po raz pierwszy, nazajutrz po tym, jak Martyna wpadła do kuratorium, informując wszystkich napotkanych urzędników, że właśnie oto postanowiła oddać swój talent pedagogiczny na usługi kaszubskiej oświaty,  pod warunkiem jednakże, że szkoła, którą zaszczyci, będzie się mieścić we wsi malowniczej, bogatej, najlepiej uzdrowiskowej, położonej nad jeziorem w środku puszczy, ale nie dalej niż 15 km od Gdańska. Uprzejmy inspektor zapoznał ją z ofertami pracy, z których zaledwie dwie  nadawały się do rozpatrzenia, bo zawierały  propozycję mieszkania służbowego. Markowo leżało najbliżej głównej trasy komunikacyjnej łączącej Gdańsk z Wejherowem.
       Wybrali się w drogę przed południem, żeby dać sobie czas na dokładną wizję lokalną. Ze względu na roboty drogowe, blisko sześć kilometrów musieli pokonać pieszo, bo autobus dojeżdżał tylko do sąsiedniej wsi. Maciek i wypożyczony na tę okoliczność od babci Paweł, urodzeni piechurzy obuci w adidasy, urządzali wyścigi po szosie, nie wykazując najmniejszych objawów zmęczenia. Martyna, umówiona telefonicznie na rozmowę z dyrektorem szkoły i ubrana tak, jak w jej pojęciu winna wyglądać wiejska nauczycielka, kuśtykała za nimi, niecierpliwie wypatrując pierwszych zabudowań. Sześć kilometrów to koszmarnie daleko, jeśli pokonuje się je w wąskiej spódnicy i wysokich, chybotliwych szpilkach odpowiednich na gładkie posadzki, a nie szorstką, pożłobioną asfaltową nawierzchnię.
       Na progu szkoły, którą znaleźli bez trudu, bowiem sąsiadowała przez mur z kościołem, przywitał ich starszy facet w drelichowym kombinezonie i klasycznym berecie z antenką – ani chybi woźny albo palacz.
– Jurek! – szarmancko cmoknął w rękę Martynę i wyciągnął niezbyt czystą prawicę do jej towarzysza.
– Martyna, Maciek, a to Pawełek, nasz syn – odwzajemnili z rozpędu prezentację zdziwieni bezpośredniością personelu niższego. – Andrzejewscy – sprecyzował po krótkim namyśle Maciej, dając tym samym delikatnie do zrozumienia, że bratał się nie będzie. – My do dyrektora w sprawie pracy.
–  Chodźcie za mną – powiedział tajemniczy Jurek i poprowadził ich dookoła budynku, obok boiska, na którym grała w piłkę garstka dzieci, na obszerny słoneczny taras a stamtąd do holu. Gdy otwierał kluczem drzwi z napisem „Dyrektor”, Martynie przyszło do głowy, że oto rozzuchwalony nadmierną samodzielnością woźny pod nieobecność szefa zamierza samodzielnie podjąć interesantów w jego gabinecie. Niewykluczone, że za chwilę wyjmie zza segregatorów reprezentacyjny koniaczek, żeby zaproponować im brudzia.
       Tymczasem domniemany woźny usiadł za biurkiem, okrągłym gestem wskazał im dwa nieco zapadnięte fotele i rzekł:
– Słucham.
– Ja umówiłam się z dyrektorem szkoły. Chciałam tu podjąć pracę nauczycielki języka polskiego – zaczęła Martyna, ale zaraz zamilkła, postanawiając nie rozmawiać o sprawach służbowych z nikim poniżej sekretarki.  Poznany przed chwilą Jurek na sekretarkę zdecydowanie  nie wyglądał.
– Słucham – powtórzył cierpliwie facet w berecie – ja jestem dyrektorem.
       Aha, no tak. Widocznie w tym nieznanym świecie nie przywiązuje się specjalnej wagi do zewnętrznej powłoki, skupiając się raczej na zaletach wewnętrznych. Gdyby wiedziała o tym wcześniej,  niewygodne szpilki spokojnie czekałyby w szafie na kolejnego sylwestra, zamiast produkować bolesne odciski na jej udręczonych stopach.
       Niewzruszony Jurek-dyrektor dokładnie i z uwagą przejrzał pospiesznie podsunięte mu dokumenty, zadał parę pytań kontrolnych i stwierdził w końcu, że jest skłonny zatrudnić Martynę jako polonistkę od nowego roku szkolnego. Przeprowadzić się mogą już na początku przyszłego miesiąca.  Potem nastąpiło zwiedzanie pomieszczeń szkoły na parterze, a także prezentacja położonego piętro wyżej mieszkania i przynależnego jego lokatorom kawałka szkolnego ogródka.
       Taki drobiazg jak brak kanalizacji i ciemnoturkusowe ściany nie spędziły im snu z powiek. Maciek zauroczył się przede wszystkim metrażem – pokój miał chyba z trzydzieści metrów powierzchni, a kuchnia i łazienka drugie tyle, co po klitkach gdańskich bloków dawało nieograniczone możliwości aranżacyjne.  Jego żona podeszła do okna i oniemiała na widok bogactwa przyrody pchającej się nachalnie prawie pod pierwsze piętro. Między koronami ogromnej starej lipy i rozłożystego orzecha włoskiego rosnących najbliżej budynku splatały się gałęzie licznych drzew owocowych. Nad nimi wypukłe jak bochenki chleba pagórki, pokratkowane polami o różnych odcieniach zieleni i żółci, podpierały czyste, niewiarygodnie błękitne niebo.
       Kiedy Martyna zeszła do sadu i spod liściastego parasola czereśni spojrzała na trzy okna swego służbowego mieszkania, poczuła, że nie chce już szukać niczego innego, że właśnie to miejsce może być domem dla niej i dla jej rodziny.